Kraj Morawsko-Śląski w 5 dni. Dzień 3. Štramberk, Příbor, Nový Jičín.

Posted on

Lubię patrzeć na miasta i miasteczka z oddali. Około czterdzieści kilometrów od Ostrawy leży Štramberk. Znałem to miasteczko z instagramowych widoków, chciałem też to zobaczyć na żywo. Było warto. Panorama miasta widziana ze zbocza wzgórza Kotouč jest wyjątkowa. Wyróżniają się szczególnie Štramberská Trúba, trąba, wieża o unikalnym stożkowatym kształcie dachu, pozostałość po trzynastowiecznym zamku. Po rekonstrukcji w 1903 roku służy jako wieża widokowa i oferuje wspaniały panoramiczny widok na miasto Štramberk i okolicę. Drugą dominantą jest bryła barokowego kościoła św. Jana Nepomucena i św. Bartłomieja. Na górę warto też wejść dla Jaskini Šipka. To ważne stanowisko archeologiczne. Prawdziwy park jurajski. Znaleziono tam między innymi szczątki niedźwiedzia jaskiniowego, mamuta, nosorożca, konia, łosia i renifera. No i fragment żuchwy neandertalskiego dziecka. Część znalezisk można zobaczyć w sztramberskim muzeum.

Po drodze do historycznego centrum znów z oddali oglądamy miasto, jego wieże, spadziste dachy, wzgórza, ogrody. Wszędzie rosną malwy. Warto dojść do rynku ulicą Horní Bašta. Niskie domy wydają się nie mieć okien. Zostały zbudowane na pochyłym zboczu, stąd okna są tylko od południa. Widok niecodzienny.

Na Rynku (Náměstí), mimo wczesnej pory, było sporo ludzi. Nie było za to turystycznego zgiełku. Wszyscy poddali się atmosferze spokojnego, przyjaznego morawskiego miasteczka. Warto choć na chwilę wejść do kościoła. Rozglądając się uważnie znajdziemy tam ołtarz Matki Boskiej Częstochowskiej z polskojęzycznym napisem „Pod Twoją obronę uciekamy się”.

Czas na przerwę. Štramberk słynie z uszu. Ludzkie uszy z piernika. Uszy sztramberskie (czes. Štramberské uši) to piernikowe ciasto zwinięte w kształt stożka. Według miejscowej legendy, pochodzenie wypieku wiąże się z kampanią mongolską w 1241 roku, kiedy to armia wroga rozbiła pod miastem swój obóz. Po nocnej burzy miejscowi przekopali tamę stawu i zalali obozowisko. Kiedy woda opadła, rzekomo znaleźli w tym miejscu worki z solonymi ludzkimi uszami, które Mongołowie odcięli chrześcijanom i wysłali swojemu chanowi. Ja wybrałem swoje ciastka w kawiarni U Káči. Wersję na bogato. Z bitą śmietaną i czekoladą. Pyszne!

Kierunek Příbor.

Zwiedzanie zaczynam zwykle od odwiedzenia informacji turystycznej. Tak też zrobiłem w Příborze. I to był błąd. Wiedziałem, że biuro ma przerwę obiadową od 12 do 13, więc pobiegłem tam szybko prosto z autobusu. Niełatwo ją znaleźć. To nic, że leży nieco na uboczu, to nie problem. Jej oznaczenie jest jednak żadne. Nie ma potykacza, flagi, windera, czegokolwiek wskazującego, gdzie się mieści. Mały znaczek na drzwiach nowoczesnego Domu Kultury. Dotarłem 12 minut przed dwunastą. W środku okienko z roletą. Najgorsze dopiero się zaczęło. Najpierw pani radośnie rozmawiała ze znajomą, która przyszła odebrać przechowywaną w informacji turystycznej torbę. Panie rozmawiały tak kilka minut kompletnie nie zawracając sobie mną głowy. Znajoma wyszła, a pani oznajmiła, że tak właściwie, to ona już zamyka. Nie zaproponowała żadnych wskazówek, zwyczajowej mapki z atrakcjami, sprzedaży jakiejś pamiątki. Nic. Zamyka i już. Ale, że jestem raczej z tych nieustępliwych, wymogłem jednak pokazanie czegoś, co mógłbym zabrać ze sobą na pamiątkę. Trudno te gadżety wypatrzeć. Jest ich jak kot napłakał, w dodatku ukryte głęboko w ciemnych czeluściach informacyjnej dziupli. Może coś z urodzonym w Příborze Zygmuncie Freudzie? Tylko koszulki. Ostatnie. W najmniej chodliwych rozmiarach. A może mógłbym kupić jakieś pamiątki gdzieś indzie?. „W Koprzywnicy” – odpowiada pani. W sumie niedaleko. Jakieś 8 kilometrów. Coś z cyklu „Taras widokowy zamknięty. Najbliższy taras widokowy we Wrocławiu”. Niemiłe doświadczenie. Jeszcze bardziej niemiłe było dla turysty z Niemiec, który przyszedł po mnie. Jego pani już nie obsłużyła.

Zaopatrzony w Nic, ruszyłem w miasto. Jest piękne. Zabytkami można by obdzielić kilka polskich miejscowości. Ale jest pusto. Czasem trudno jest robić w podróży zdjęcia, na których nie ma samochodów. W Příborze to nie problem. Nie ma ich. Ludzi też nie ma. Jest zimno. Czułem się, jakbym chodził po makiecie, a nie po żywym mieście. Najcenniejszy zabytek miasta, klasztor Pijarów – zamknięty. Największe kościoły – Narodzenia Panny Marii i św. Walentego – zamknięte. Przepraszam, przy obydwu stoją potykacze z napisem „Kościół otwarty”. Ale otwarte są tylko drzwi, za nimi są zamknięte na kłódki kraty. Turystyczne żarty.

Zygmunt Freud. Zmarnowana szansa promocyjna. W innych morawskich miastach robi się produkty turystyczne z niewielkich czasem rzeczy. W Štramberku były uszy, w Novým Jičínie, do którego pojechałem później – kapelusze. Mógłbym tak wymieniać bez końca. W Příborze jest popiersie Freuda, jest Rynek Freuda, jest Dom Freuda (zamknięty), ale to tylko nazwy. A można by zrobić z niego atrakcję turystyczną przyciągającą rzesze turystów. Nic. Kompletnie nic.

Pochodziłem trochę po ogrodzie klasztoru Pijarów (fajne rzeźby z metalu), trochę po mieście, przeszedłem na drugą stronę Lubiny, skąd rozpościerają się piękne widoki na miasto, popatrzyłem na przejeżdżające nad rzeką pociągi, poszedłem zobaczyć kościół św. Franciszka (zamknięty) i kościół Świętego Krzyża (zamknięty).

I uciekłem. Jak Jim Carrey w Truman Show…

Do Novego Jičína dotarłem rozedrgany. Napięcie ustąpiło już po wejściu do historycznego centrum. Byli ludzie. Dużo ludzi. Były też kawiarenki i sklepy. Lokalny biznes ma tu chyba lepsze środowisko do robienia interesów niż w Příborze. Na ulicy Kościelnej trafiłem do sklepiku Tady u nás. To sklep z pamiątkami, ale wyjątkowymi. Nie ma chińskiego kiczu. Wszystko pochodzi od rodzimych producentów, wszystko przyciągaj uwagę, a przy tym jest wysmakowane. Właściciele mają dobry gust, to pewne. Kupiłem mały skórzany portfel z morawskiej firmy Wood Style. To miły towarzysz moich następnych podróży. I codziennych zakupów.

Na Rynku Masaryka (Masarykovo náměstí), głównym placu miasta znajduje się prężnie działająca, przestrzenna informacja turystyczna. Jest przyjazny, uśmiechnięty personel, są ulotki, broszury, mapki, foldery; jest naprawdę dużo pamiątek, nie tylko z Nowego Jiczyna, ale z całego regionu. A w tym samym pasażu jeszcze concept store firmy TONAK, która już od 1799 roku produkuje kapelusze. Ponad 90% produkcji idzie w świat. W Nowym Jiczynie produkują na przykład żydowskie kapelusze dla Stanów Zjednoczonych i Izraela, fezy dla krajów muzułmańskich, filcowe kapelusze dla Japonii oraz czarne meloniki dla rdzennych kobiet w Peru i Boliwii. Produkują również berety i czapki z daszkiem dla wojska, policji, służby więziennej i straży pożarnej. Kapelusz to jeden z symboli miasta. I dobrze promowany turystyczny produkt.

W galerii znajdziecie zdjęcia z mojego nowojiczinskiego spaceru. Wszystkie dobrze opisane. W mieście są budynki ze wszystkich epok. Zamek, kościoły, kamienice – szczególnie piękne te z podcieniami na Rynku Masaryka, pomniki, fontanny, wille, budynki użyteczności publicznej. W Novým Jičínie jest dużo zieleni. I tej założonej dawno temu, i tej całkiem niedawno, jak w Parku Relaksacyjnym, o który rozbudowano Park Smetany. Widać rangę miasta w przeszłości, widać też, że miasto nie żyje w jej cieniu, a tworzy nowe, ciekawe przestrzenie publiczne. Przychodzi na myśl wyrażenie „zrównoważony rozwój”. Tu akurat to nie słowa rzucane na wiatr, ale nadanie im prawidłowego znaczenia. W Novým Jičínie powstają nowe budynki, nowoczesne, ale wpisujące się w jego klimat. Zwraca uwagę nowe miejskie targowisko, nawiązujące charakterem do podobnych miejsc w południowej Europie. Jego dach zaprojektowano z naprężonej membrany tekstylnej na lekkiej konstrukcji stalowej. Zapewnia dużo cienia, co przy zmieniającym się klimacie jest ważne. Nawet bardzo. I betonowa willa na ulicy Janáčkovy sady 3, nawiązująca do antycznego atrium displuviatum. Niekonwencjonalny, energooszczędny budynek z gigantycznym dziedzińcem zaprojektowany przez Atelier Štěpán z Brna. Willa zdobyła tytuł Budynku Roku 2021 za „doskonały przykład indywidualnego budownictwa mieszkaniowego o wysokiej efektywności energetycznej i imponującej architekturze”. Rzadko mi się zdarza publikować fotografie zrobione przez kogoś innego, tu będzie wyjątek. Pokazują zastosowane w willi rozwiązania.

„Chciałem zaprojektować układ wnętrza domu, w którym człowiek porusza się naturalnie, może po prostu płynąć jak ryba w wodzie. Taki relaksujący pobyt, w którym podświadomie wszystko przeczuwasz.” – mówi o architekt Marek Štěpán. Choć to o pojedynczym budynku, taki opis mógłby mi posłużyć za podsumowanie spaceru po Nowym Jiczynie. Spontanicznej, pełnej ciekawych odkryć, odświeżającej wędrówki po pięknym i przyjaznym mieście. To był dobry czas na zakończenie czwartego dnia podróży po Kraju Morawsko-Śląskim.

Wizualne portfolio, wpisy i galeria obrazków dla WordPressa

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *